wtorek, 1 grudnia 2020

Czarna noga

Umówiłem się z nią w parku. Mówiła, że woli spotkać się w miejscu publicznym, że za usługę udzieli mi rabatu i ostatecznie będę zadowolony. Słowo "ostatecznie" podkreśliła kilka razy. Gadała przez telefon i gadała, a ja desperat zgodziłem się.

Gdy zobaczyłem ją na ławce, chciałem uciec. Krzywy nos przyozdobiony brodawką, kolorowa chustka na głowie oraz miotła w prawej ręce. Na pierwszy rzut oka nie wzbudzała zaufania. Mimo wszystko podszedłem do niej, chowając resztki godności. Ona zaś nie owijała w bawełnę.

– I jak tam kochanieńki, długo swędzi?

Od razu padło kluczowe pytanie, na które nie znałem precyzyjnej odpowiedzi. To właśnie było najbardziej niepokojące. Zazwyczaj wiesz, że boli od poniedziałku, wtorku, a ja pewnego razu obudziłem się i wydawało mi się, że od zawsze swędziała mnie lewa noga.

– Nie wiem, naprawdę nie wiem – jęknąłem, uparcie wpatrując się w przenikliwe oczy staruchy.

– To bardzo ważne – skrzeczący głos szeptunki wwiercał się w mózg. – Jesteś nauczycielem i pewnie pamiętasz lekcje z dzieciakami. Jak się na nich czułeś? Każdy nauczyciel musi być czujny! – wrzasnęła, a ja aż skuliłem się w sobie. – Kiedy pojawiło się swędzenie? – Wlepiła we mnie swoje przenikliwe, niebieskie, oczy.

– W szkole nie swędziało – westchnąłem z ulgą. – I po szkole jak byłem z Izką, to było cudnie. Jej piersi, usta... – Chwilowo zapomniałem o problemie, delektując się wspomnieniem najpiękniejszych piersi w szkole!

– Swędziało? – przerwała mi bezceremonialnie.

– Nie.

– Czyli do połowy marca jeszcze nie swędziało. – krzyknęła ucieszona, odsłaniając równe białe zęby. – Pokaż nogę.

Nie czekając na zgodę, bezceremonialnie chwyciła spodnie i zdarła je ze mnie. Chciałem je podciągnąć, jednak miotła poszła w ruch i przyblokowała gacie na ziemi. Nim zdążyłem zaprotestować, starucha zaśmiała się.

– Czarna jak węgiel. Oj czarna jest. Rzuciła czar na ciebie.

– Kto, Izka? –spytałem oszołomiony.

Nim odpowiedziała, usłyszałem śmiech Mietka.

– Co ty Jasiek. Wacka pokazujesz tej starowince? – Przyjaciel klepnął mnie po plecach i dodał. – W sumie to nie moja sprawa. Jak coś, to cię nie widziałem.

– To nie jest to, co myślisz – odpowiedziałem tak jak żonie, gdy wyczuła ode mnie damskie perfumy.

– Wiem stary, wiem. – Klepnął mnie przyjacielsko po plecach. – Przecież masz na sobie bokserki w groszki– zarechotał. – No i ta marynarka z krawatem naprawdę dobrze się komponuje – dodał. – A, tak na marginesie, ostatnio słyszałem, że po parku grasuje ekshibicjonista. Nie wiesz coś na ten temat? – Ledwo wydukał pytanie, rechocząc i trzymając się za pokaźnych rozmiarów brzuch.

– Naprawdę nic w tym śmiesznego. To ona zdarła ze mnie spodnie! – krzyknąłem, ratując resztki honoru.

– Dobra stary, wiadomo, że jest napalona i to chyba bardzo – ponownie się zaśmiał. – W końcu nic mi do tego. Każdy ma jakieś upodobania. Trzymaj się.

– Ale... – chciałem wytłumaczyć się, zarysować nieciekawą sytuację, w jakiej się znalazłem, on jednak nie chciał słuchać.

– Nie wydam cię. Nie pękaj – powiedział jedynie i poszedł dalej.

– Jak ja się wytłumaczę? – jęknąłem.

– Znaczy komu konkretnie. Żonie, czy temu grubasowi? – zadała pytanie, a ja nie wiedziałem, czy się nabija ze mnie, czy też mówi poważnie?

– Nieważne. – Machnąłem ręką. – To, co mam zrobić z tą nogą?

– Oj zdradzasz ty kochanieńki, z kim popadnie – wyskrzeczała. – I w końcu trafiła kosa na kamień.

– Nie rozumiem – wydukałem. – Gdyby to była wina zdrad, to raczej poczerniałby mi penis. – odpowiedziałem, siląc się na wątpliwej jakości żart.

– Lepiej wciągnij na siebie spodnie – powiedziała i zarechotała. – Stałeś się małą sensacją.

Chwyciłem spodnie i wciągnąłem je na siebie. Gdybym wiedział, co mnie spotka w parku, z pewnością nie przyszedłbym tutaj.

– Ostatecznie będziesz zadowolony. – I znowu się śmiała. – Bardzo zadowolony – dodała i zmieniła ton głosu. – Nigdy nie wiesz, czy na ptaszka czerń nie przejdzie. Swędzi cię już?

– Swędzi! – Chciałem zdjąć spodnie, zobaczyć czy coś się dzieje? Jednak stara uspokoiła mnie.

– Zażartowałam tylko. Ta czerń na nodze, to zaklęcie rzucone przez czarownicę. Dwa tygodnie temu do miasteczka przyjechały szkolnym autobusem. Kojarzysz?

– Żółty szkolny autobus – powoli mówiłem, raczej do siebie, niż do szeptunki. – Tam były same młode laski. Cudne laski. A jedna jak bóstwo, tylko jak się z nią kochałem, to ta jej skóra, była jakaś taka szorstka, a może sztuczna. Sam nie wiem.

– Właśnie kochanieńki, to twoje "bóstwo", to stare próchno było. Posuwałeś stulatkę – powiedziała ostro i nagle złagodziła ton. – Ale skąd miałeś wiedzieć. – I machnęła miotłą, odganiając gołębia. – I pewnie raz ją pyknąłeś i zwiałeś do Izki. Tak było?

– Tak było – odpowiedziałem ze skruchą.

– I jest tylko jedno lekarstwo kochanieńki. W przeciwnym razie noga odpadnie i koniec z bieganiem na laski. – Badawczo patrzyła we mnie, a ja wyczuwałem w niej złośliwość.

– A jakie to lekarstwo? – zapytałem z obawą.

– Ano musisz mnie przelecieć przy pełni księżyca. – Spojrzała na mnie i uśmiechnęła się. – Dzisiaj jest pełnia. – Dodała i zdjęła chustkę zasłaniającą jej długie siwe włosy.

– Ale..., nie dam rady – jęknąłem

Chciałem uciec, zniknąć, zapaść się pod ziemię. Popatrzyłem jeszcze raz na staruchę. Może dam radę?

– Dylemat przed tobą młodzieńcze – powiedziała i zachęcająco wystawiła język. – Ostatecznie będziesz zadowolony. – Dodała.

Wciąż patrzyłem na nią, nie mogąc wyrzucić z siebie nawet słowa. Chciałem uciec, zapaść się pod ziemię, ale nie mogłem. A najgorsze było to, że widziałem siebie i ją w łóżku i słyszałem, jak szepcze mi do ucha "Ostatecznie jesteś zadowolony, prawda?"

– Nie mogę! – krzyknąłem, mając nadzieję na wyrwanie się z koszmaru.

– Kochanieńki, nie kompromituj się. Nauczycielem jesteś, obnażasz się i krzyczysz w parku. Tak nie wypada się zachowywać.

– To dlatego ściągnęłaś mi spodnie. Chciałaś ocenić...

I znowu przerwała mi bezceremonialnie.

– Dużego nie masz, ale to widać już po nosie. Nie po to ci ściągałam gacie. Jest jeszcze drugi sposób.

– Jaki? – krzyknąłem z nadzieją.

– Ano, musisz do końca życia być wierny żonie. Kochać się z nią minimum dwa razy w tygodniu, aż będziecie mieli po osiemdziesiąt lat. Czerń i swędzenie znikną po dwóch tygodniach. Gdy zaś nie dotrzymasz słowa, odpadnie ci nie tylko noga, ale i ptaszek.

I pomyślałem o Izce i o innych pięknych kobietach, których nie będę mógł nawet dotknąć. O życiu w rygorze, z którego niedane mi będzie zrezygnować. Wyobraźnia podsuwała coraz to bardziej niepokojące obrazy z kresu moich dni i coraz bardziej żenujących wpadek łóżkowych. W końcu przerwałem przemyślenia i zagaiłem szeptunkę.

– Nie powiedziałaś jeszcze, jak masz na imię?

– Edyta – odpowiedziała i uśmiechnęła się.

– To, co Edyta, idziemy do ciebie?

– Ano idziemy kochanieńki. Ostatecznie będziesz zadowolony.

środa, 18 listopada 2020

Ku pamięci

Stał sam, a łzy napływały do oczu. Takich jak on było tysiące, każdy jednak sam mierzył się ze strachem. Dlaczego ogolili mu włosy? Czemu wzięli go od mamy i dlaczego ona tak przeraźliwie płakała?

Słyszał niezrozumiały dla niego język, a wokół przechadzało się kilku dużych panów ubranych w czarne mundury. Mama mówiła, że to Niemcy. Nie wiedział, czemu krzyczeli. Przecież był grzeczny i nie płakał.

Po raz pierwszy w życiu widział aparat fotograficzny. A potem zrobili mu zdjęcie. Jego jedyne, którego jednak nigdy nie zobaczy. Chwilę potem poczuł bolesny uścisk na rączce i aż jęknął z bólu. Nie krzyknął jednak. Przecież obiecał mamie, że będzie dzielny. Było mu smutno i tak bardzo chciał się przytulić do mamy, usłyszeć od niej słowa otuchy oraz poczuć jej pocałunek na czole.

Tak bardzo się bał, jak kazali mu się rozebrać. Zrobił to i tak jak mama uczyła, starannie złożył ubranie na betonowej posadzce. Mama z pewnością byłaby z niego dumna i pogłaskała po głowie. Nie usłyszał jednak pochwały, tylko poczuł brutalne popchnięcie. Nie upadł jednak tak jak dziecko obok, które zdołało się podnieść dopiero po kilku kopniakach pana w czarnym mundurze.

Mama mówiła, że pójdą do łaźni, a później będzie już lepiej. Obiecała, że potem znowu się spotkają. Jak bardzo chciał być już z mamą.

Weszli do dużego ciemnego pomieszczenia i zostali w nim zamknięci. Nie było już panów w czarnych mundurach. Myślał, że w łaźni są prysznice, ale ich tam nie było. Zaczął się jedynie unosić dym, gryzący w gardło i utrudniający oddychanie. Czuł jak kręci mu się w głowie i nie umie utrzymać się na nogach. Usiadł więc na zimnej betonowej posadzce i walczył o każdy kolejny oddech, który tylko przybliżał go do śmierci. W końcu zasnął na zawsze wraz z innymi dziećmi.

Został zabity tylko dlatego, że był Polakiem, mimo iż nawet nie wiedział, kto to jest Polak. Inne dzieci będące wraz z nim, zostały zamordowane, tylko dlatego, że były Żydami lub też Cyganami. Jaka szkoda, że nie był Niemcem. A może i dobrze?

...

Chłopczyk ponownie otworzył oczy i zobaczył swoją mamę. Pobiegł i przytulił się do niej, a ona pocałowała go w czoło.

– Teraz synku będziemy już ze sobą na zawsze.

 

Od autora: Pamiętajmy o prawie pięciu milionach ofiar, które poniosły śmierć w niemieckich obozach zagłady, w rezultacie pacyfikacji, egzekucji i likwidacji gett oraz wskutek epidemii i wycieńczenia. By wyobrazić sobie tą przerażającą liczbę, pomyślmy sobie, że każdego roku, byliby mordowani wszyscy bez wyjątku mieszkańcy województwa opolskiego. I tak byłoby przez pięć lat.

środa, 28 października 2020

Drabble – Piekło kobiet

 Teresa weszła do pokoju dziecięcego i zobaczyła swoje ukochane dziecko. Płakało.

– Co się stało? – spytała z troską.

– Mamo, zsikałem się. Tatuś będzie krzyczał? – Jasiu patrzył na mamę swoimi ufnymi, dużymi oczami.

– Nie synku, nie będzie.

– Kocham cię mamuś.

– Też cię kocham.

Teresa przytuliła syna i pocałowała w czoło. Następnie przebrała go i wyszła z pokoju.

– Co znowu robił?! Zsikał się? – Piotr krzyknął na żonę.

– Tak. Wiesz jakie są dzieci z downem...

– Kurwa, on ma już siedem lat!. Mówiłem, żeby usunąć! – wrzasnął. – My się od niego nigdy nie uwolnimy! Wychodzę!

Wyszedł z mieszkania biorąc ze sobą transparent: "Męskie wsparcie strajku kobiet"


Od autora:

Jestem za pozostawieniem prawa bez zmian, tak jak pewnie większość Polaków. Miejmy jednak świadomość, że jeżeli czegoś nie widzimy, to nie znaczy, że tego nie ma. Nienarodzone dziecko, też jest człowiekiem i miejmy to na uwadze. Tak naprawdę spór toczy się o dzieci z Zespołem Downa i rozumiem, że podjęcie decyzji o usunięciu, czy też urodzeniu dziecka z taką wadą jest trudny, bardzo trudny. Tym samym nie czuję się kompetentny, by komukolwiek nakazywać jedno, czy drugie rozwiązanie.

Jednak przeraziła mnie reakcja dużej grupy społeczeństwa. Agresja słowna, fizyczna, aż strach mieć inne zdanie od walczących. Nawet niewyrażenie poparcia jest wytykane. Szanujmy siebie, nie wyzywajmy i nie atakujmy kogo popadnie, tylko dlatego, że ma inne zdanie. Agresja nigdy nie jest dobrym rozwiązaniem.

niedziela, 18 października 2020

Opakowanie

Opakowanie w opakowaniu ukrywa wymarzony produkt świata konsumpcji. Kolejne urodziny i prezent przyniesiony w pięknej, papierowej torebce. Uśmiecham się i dziękuję za pamięć. Wyszczerzone zęby towarzyszące mi w niemal każdej czynności, śmieją się z przyzwyczajenia. Wyciągam z torebki przedmiot, zapakowany w kolejne niepotrzebne opakowania.

Jak zwykle muszę udawać i szczerzę się do męża. A może i siebie? Uśmiech prześladuje mnie, niszy psychikę i zamazuje myślenie. Nie pamiętam, jaka jestem i czego pragnę.

Po co kupował papierową torebkę i po co pakował to coś w papier? Wyrzucam opakowania do kosza na papier. Prezent nieznacznie bliżej, ale wciąż daleko. Ściągam folię, by dostać się do tekturowego pudełka. Pierwszy krok za mną, a folia ląduje w koszu na plastik. Tak, chyba do plastiku. Teraz przyszedł czas na tekturowe kolorowe pudełko, które jest chyba pokryte  folią.

– Papier, czy folia, a może zmieszane? – Myślę i analizuję. Nie zauważam umykającego uśmiechu, a czerń majaczy w oddali.

W końcu podejmuję decyzję. Wrzucam do kosza na papier, tego samego, w którym wylądowała torebka. Udało mi się podjąć decyzję, ale czy słuszną? Cholera wie. A może powinnam wyrzucić do plastiku? Mrok zbliża się nieodwołalnie, klucząc pomiędzy myślami. Tylko, czy one są jeszcze moje?

– Podoba ci się?

Z oddali dochodzi głos męża. Uśmiecham się i przytaję. Tak, podoba się. Tylko komu?

– Piękny zapach, prawda?

A ja jeszcze nie dostałam się do tego cholernego, pięknego zapachu. W końcu mam w ręku buteleczkę perfum, w której jest dwadzieścia pięć mililitrów bezbarwnej cieczy. Słodkiego, pachnącego płynu, zamkniętego w finezyjnej, zbyt dużej buteleczce. Słodyczy pobudzającej zmysły, umarłe w odległej przeszłości.

– I jak kochanie?

– Piękny – odpowiadam i dla świętego spokoju rozpylam aromatyczną mgiełkę.

Zapach, którego nieudolnie próbuję się uchwycić. Nic z tego! Koszmar czyha na odrobinę nieuwagi. Wracam myślami do segregacji. Zastanawiam się, gdzie później wyrzucić pusty flakonik. Szkło? Kiedyś słyszałam, że to odpad niebezpieczny. Jak się go pozbyć? W sklepie? Staram się pozostać przy mężu, klucząc pomiędzy napływającą czernią, pochłaniającą resztki rzeczywistości. A myśli wciąż są moje!

– Kochanie, pięknie wyglądasz.

Mówi, a ja nie mogę się na nim skupić. Śmieci, cholerne śmieci. Kości do zmieszanych, a skórki z ziemniaków do bio. Karton po mleku? Nie wiem! Zapomniałam.

– Stało się coś?

Słyszę niepokój w jego głosie. Po co w ogóle się wtrąca. On nigdy nie zwraca uwagi na segregację śmieci. Nie dba o naszą planetę, która umrze, jak nie będziemy odpowiednio segregować. Kiedyś umiałam segregować, byłam sobą, zanim nie spotkałam go w śnie. W śnie?

– Ona umrze – szepnęłam.

– Kto? – pyta, niczego nie rozumiejąc.

– Wszyscy umrzemy, już nic nam nie pomoże – mówię coraz szybciej. – Wieloryby, lasy, pszczoły. Cały świat umiera!

Krzyczę z bezsilności, chwytając się ostatniego okruchu rzeczywistości. Butelki do szkła, gazety do papieru, a czasopisma? Gdzie wyrzucić czasopisma!?

– Kochanie...

– Zostaw mnie! – Nie panuję nad sobą. – Nic nie rozumiesz. Wrzuciłeś kubek po jogurcie do zmieszanych! – Spojrzałam na niego z nienawiścią.

Odbierał mój świat, nie rozumiejąc pochłaniającej mnie otchłani.

– Bo kubek był brudny. Poprzednio go umyłem, wrzuciłem do plastiku i także było źle. –Nieskładnie się tłumaczył.

– Zmarnowałeś wodę! Naprawdę tego nie rozumiesz? – Napadłam na niego. – Jesteś aż tak głupi.

– Ale...

– Zostaw mnie! Nigdy mnie nie słuchasz. Umiesz tylko powiedzieć "kochanie". – Odpływam, wołając o pomoc.

– Proszę, uspokój się...

– Tak i uspokój się, też umiesz powiedzieć. Ja jestem spokojna. Cholernie spokojna! – krzyknęłam i rozpłakałam się.

Czułam jak mnie tuli i głaszcze po włosach. Próbowałam wtulić się w jego ramiona i poczuć dawną siebie. I nagle czuję to! On nie jest szczery! Nigdy nie był!

Nie miałam siły walczyć, wymykam się z jego ramion i uciekam do łazienki. Tam poddaję się i odpływam w niebyt. Tylko tam znajduję schronienie.

niedziela, 30 sierpnia 2020

Bike Maraton Zieleniec 2020 - relacja sportowa

Drugi wyścig i nadzieja na dobry wynik. Kondycja w miarę dobra przećwiczona na Biskupiej Kopie, zdrowie dopisywało, a więc czy coś mogło pójść nie tak? Niestety prawo Murphy'ego miało i tym razem się sprawdzić.

Deszcz w okolicy Nysy nie nastrajał pozytywnie, jednak im bliżej Zieleńca, tym pogoda była lepsza. Co prawda wyjście z samochodu na parkingu w Zieleńcu nie było najprzyjemniejsze, ale przynajmniej nie było deszczu. Bluza w związku z przejmującym zimnem okazała się niezbędna.

Tym razem startuję wraz z synem z pierwszej linii sektora czwartego i tam niespodzianka. Krzyki i nagle z tyłu wyjeżdża spóźniony kolarz z sektora trzeciego, przebija się przez tłum stojących kolarzy i rusza na trasę w towarzyskie śmiechów czwartosektorowców. Po paru minutach i my mogliśmy ruszyć w drogę.

Przed nami pilot, a my za nim. Wilgotna nawierzchnia asfaltowa zwiastowała późniejsze problemy, ale kto by się tym przejmował. Po kilometrze samochód odjeżdża, my zaś z pięćdziesięciu kilometrów na godzinę hamujemy do kilkunastu i skręcamy w las. Zaczyna się pierwszy podjazd i walka o dobry czas. W przeciwieństwie do Kowar chcę dać z siebie wszystko. Pedałuję na granicy możliwości i trzymam się blisko najlepszych z czwartego sektora, czasami wyprzedzamy przez silniejszych kolarzy. Trzymam się tego, że trasa ma osiemset pięćdziesiąt przewyższeń i ma długość dwudziestu sześciu kilometrów. Jest inaczej, ale niestety tego nie wiem.

Wiem za to, że jest mokro, a błoto i woda będzie mi towarzyszyła do końca wyścigu. Po paru kilometrach zaczyna się zjazd na stoku narciarskim i okazuje się, że nie doceniałem trudności takiej jazdy. Szeroka droga i zakręt zakończyła się dla mnie fikołkiem na zielonej trawce. Nie wyrobiłem się i oszołomiony siedziałem przy rowerze. Nieplanowany odpoczynek, że tak powiem. W końcu podniosłem, by kontynuować jazdę. Co prawda nie było żadnego trzasku, ale żebra z lewej strony bolą. Dotykam ich i stwierdzam, że można jechać. W końcu mój ból nie jest lepszy od bólu kogoś innego. Chyba tak jest.

Rower okazuje się sprawny, a więc tym razem to nie sprzęt, a ja nie zdaję egzaminu. Siadam i kontynuuję zjazd. Już nie liczę na dobry wynik, nieco odpuszczam, czego efektem jest częste wyprzedzanie mojej skromnej osoby. Zastanawiam się, czy kontynuować jazdę, czy też zejść z trasy? Przy każdej dziurze czuję ból, może nie największy, ale jednak. Tylko, czy niewielki upadek powinien spowodować tak radykalny krok!

No raczej nie Trzeba tylko jechać i uważać nie tylko na nawierzchnię, ale także na ból pojawiający się przy każdym większym uskoku. Tym samym prędkość może i nie najwyższa, ale jakoś daję radę. To wjeżdżam w błoto, to w kałużę, to przez chwilę jest całkiem przyzwoita nawierzchnia. Wszystko by grało, tylko gdzie jest bufet! Miał być na dziewiątym kilometrze, a przy dwunastym jeszcze go nie ma. W końcu jest na trzynastym kilometrze i to jest bardzo dobra wiadomość. Piję dwa kubki izotonika, jem dwa banany i jadę dalej wciąż nie najwyższym tempem.

Wiem już, że Kowary były łatwiejsze i aż trudno mi w to uwierzyć, że Classic z Kowar nie będzie najtrudniejszy w sezonie. Zieleniec jest trudny, bardzo trudny. Wiem też, że wynik będzie słaby, a pokusa zakończenia zawodów jest coraz większa i swoje apogeum osiąga przy spotkaniu się zawodników Classic'a przy pętli. Wystarczy skręcić w lewo i jechać do mety. Pokusa, której nie uległem i pojechałem w prawo. Nie czułem się już jak zawodnik, a turysta, zwiedzający okolice Zieleńca.

Grupki turystów hasają po trasie, ja mozolnie wspinam się do góry, ostrożnie zjeżdżam, przejeżdżam przez potok, czasami spaceruję sobie z rowerem, popijając przy tym wodę. Stałem się turystą pełną gębą, tylko pogoda słaba, nie świeci słońce, a je naprawdę lubię.


Widzę wywrotkę, następnie przejeżdżam obok kolarza, którego opatrują pielęgniarze i robię swoje, podziwiając piękno jesieni, chociaż mamy lato. Co dziwne, nie wiedzę nikogo, kto by złapał gumę, a takich sytuacji jest zazwyczaj mnóstwo. Za to co pewien czas słyszę sygnały karetki pogotowia. I nagle wszystko się zmienia, mamy zjazd, o jakich każdy kolarz marzy. Pięknie wyprofilowane single tracki, na których można jechać naprawdę szybko, a ja niestety nie wykorzystuję okazji, by to zrobić. Wywrotka wciąż siedzi w głowie i blokuje mnie przed większym ryzykiem. Piękny zjazd się kończy i znowu korzenie, ziemia i miejscami błoto. Nie wiem, gdzie jestem i jak długo jeszcze trzeba jechać.

W końcu widzę konie i ich odchody na ulicy. Wydaje mi się, iż upadek na nie, nie spowodowałby jakiś większych zmian w moim wyglądzie i zapachu. Może by mnie w pewien sposób ubogacił. Za to wydaje mi się, iż jestem już naprawdę blisko, zaczyna się ostatni wjazd i niedługo będzie meta. Tak, takie głupie myśli miałem, nie wiedząc, że czeka mnie jeszcze troszkę spacerku z rowerem, kąpieli błotnej i technicznych zjazdów okraszonych korzeniami i innymi ustrojstwami.

O dziwo czuję, że siły wracają do mnie, zaczynam jechać coraz to szybciej, myśląc o tym, czy zdążę dojechać przed telefonem od syna, który będzie poszukiwał zagubionego ojca. Tylko jak się zgubić, jeżeli trasa jest bardzo dobrze oznaczona, a i odpocząć nie ma gdzie, żadnych ławek, czy choćby pniaków, na których można by usiąść i wypić piwko.

Już nie pamiętam, co już było, czego nie, w każdym razie dojeżdżam do pętelki, gdzie wcześniej zostałem wystawiony na pokuszenie. Tym razem legalnie jadę w kierunku mety, mając jeszcze w sobie całkiem dużo sił. Pojawia się piękny single track, tylko tym razem prowadzi w górę, więc prędkości wielkich nie da się osiągnąć, za to zaczyna się zabawa z przerzutkami, które co rusz zmieniam. To ktoś mnie wyprzedzi, to ja kogoś doganiam i tak zabawa trwa w najlepsze. W końcu i to się kończy i chwilę potem widzę upragniony napis trzy kilometry do mety. Tylko tyle i aż tyle, bo meta to już w sumie powinna być. Na szczęście koniec jest dosyć łatwy, w końcu znowu pojawiamy się na stoku i znowu rower zsuwa się poza trasę. Tym razem beze mnie. Chwytam go, ponownie siadam i minutę później jestem na mecie.

Trasa miała mieć dwadzieścia sześć kilometrów, miała ponad dwa kilometry więcej. Przewyższeń miało być osiemset pięćdziesiąt, było ponad tysiąc. Cóż, taka dodatkowa niespodzianka od organizatorów. Wycieczka zajęła mi dwie godziny i trzydzieści cztery minuty, syn przejechał w dwie godziny i dziesięć minut, zwycięscy zajęło to jedną godzinę i dwadzieścia siedem minut, a ostatni zawodnik miał czas powyżej czterech godzin.

Wyjeżdżam z Zieleńca bogatszy o doświadczenia jazdy po stokach narciarskich. Wiem jedno, na takim terenie nie umiem jeszcze jeździć, ale wszystko przede mną. Zakończyłem, zwyciężyłem i pojechałem do domu. Gratulacje dla wszystkich, którzy zmierzyli się z tą trasą, także dla tych, którym niedane było jej ukończyć.

czwartek, 20 sierpnia 2020

Bike Maraton Kowary 2020 - relacja sportowa

Po rocznej przerwie ponownie stanąłem na starcie wyścigu MTB. Kręgosłup sprawny, strach pozostawiony w domu, pełnoletni syn obok mnie. Wszystko w jak najlepszym porządku. Dystans Classic z przewyższeniami ponad tysiąca metrów wydaje się do pokonania.

Ustawiamy się przed budynkiem Miejskiej Komisji Rozwiązywania Problemów Alkoholowych w Kowarach i niecierpliwie czekamy na start. Koło przy kole, pedał przy pedale. Pierwsza grupa wystartowała, a my czekamy na swoją kolej. W końcu ruszamy i szybko jestem wyprzedzany przez kolejnych uczestników. Taktyka przetrwania powinna dać końcowy efekt i dojazd do mety.

Systematyczna jazda pod górę jest co prawda męcząca, ale nie ma tragedii. Nawierzchnia szutrowa nie jest zbyt wymagająca, a nachylenie pozwala na w miarę szybką jazdę. Niestety komfort jazdy kończy się, nachylenie jest coraz to większe, a przerzutek zaczyna brakować. Zaczyna się walka z samym sobą, ze słabościami, szybkim oddechem, słabością mięśni oraz przeciwnikami, którzy już nie są tak szybcy. Po wielu minutach w końcu docieramy do pierwszego zjazdu. Wspomnienia ze Szklarskiej Poręby na nowo odżywają, a strach zagląda w oczy. Wielkie głazy oraz korzenie drzew przy dużym spadku nie powodują, że jedzie się szybciej. Część zawodników zsiada z rowerów i zaczynają maszerować w dół. Próbuję zjeżdżać, omijając co większe głazy, nieraz skacząc nad nimi. Te karkołomne warunki zjazdu nazywa się trasą techniczną.

W końcu udaje mi się zjechać i ponownie mozolnie wspinam się do góry. Za mną nie więcej niż osiem kilometrów, a już wiem, że będzie to jeden z trudniejszych wyścigów. Co chwila sięgam po wodę z bidonu, dbając o nawodnienie organizmu. Tym razem wjazd nie był tak długi, a zjazd jest w innych warunkach. Na pierwsze miejsce wybijają się korzenie i nierówności terenu oraz całkiem spora pochyłość. Staram się w miarę szybko zjechać i wtedy dzwoni telefon.

To syn, który także bierze udział w zawodach. Strach zagląda mi w oczy i odbieram telefon. Na szczęście okazuje się, że złapał jedynie gumę, niestety ze względu na brak imbusa nie da rady zdjąć koła. Imbus jest w mojej torebce na rowerze, niestety dzieli nas spora odległość. Staram się przyśpieszyć, ale nie jest to łatwe. Wciąż pnę się w górę i nagle pojawia się upragniony szybki zjazd po szutrowej nawierzchni, gdzie można rozwinąć naprawdę niezłą prędkość. I tam właśnie po dziewięciu minutach od telefonu, docieram do syna.

Tak, w ciągu pierwszych jedenastu kilometrów straciłem do niego aż dziewięć minut. Zatrzymując się obok syna, zauważam iż straciłem jeden z moich bidonów, a więc jadę bez wody. Kolejny pech. Nie zwracam jednak na to uwagi, tylko szybko odkręcamy koło, wymieniamy dętkę i ponownie zakładamy koło. Strata ośmiu minut i czterdziestu kilku miejsc. Czas na dalszą jazdę.

Ruszam i znowu pnę się do góry, wiedząc iż nie mam nic do picia. Szczęśliwie jestem przed bufetem, na którym będę mógł uzupełnić braki. Tym razem trasa nieco lżejsza i upragniony napis „Bufet za 500 M”. Nie padnę i będę mógł kontynuować jazdę. Już jestem w raju". Do bidonu mam wlewany izotonic, wypijam z cztery kubki wody, zjadam banana, biorę ciastko do kieszeni i ruszam dalej. Ponownie wspinam się w górę.

Mam jednak picie, a to jest naprawdę diabelnie ważne. Dalsza trasa niestety nie jest łatwa. Po wjeździe kolejny techniczny zjazd, a to oznacza, iż trzeba uważać, by się nie zabić. Po następnym wjeździe znowu w dół oczywiście technicznym zjazdem. Kondycyjnie trzymam się całkiem nieźle, tylko co z tego, jak przerzutka w rowerze nie wytrzymała wyścigu. Nie da rady przerzucać na przednią największą zębatkę. To jest jednak problem jedynie w przypadku łatwych zjazdów lub poziomej drogi, co nie zdarza się dzisiaj zbyt często. Pojawia się tylko pytanie, czy przerzutka nie rozwali się całkowicie, a wtedy meta okaże się daleką mrzonką.

Teren nie pozwala na dalsze rozmyślania. Ostry wjazd w górę nie jest możliwy. Przynajmniej dla mnie. Zsiadam i ledwo dysząc, prowadzę rower. Zjadam ciastko, co powinno dać mi siły na ostatni etap. Jakoś dochodzą do niewielkiego wypłaszczenia i ponownie jadę żółwim tempem. Wkrótce ostatni techniczny zjazd. Zmęczony zsuwam się po głazach i korzeniach. Niestety przede mną zakręt i ostry zjazd przyozdobiony wielkimi kamieniami, prowadzący przez niewielki potok. Kolejna niespodzianka organizatorów, która wymusza zejście z roweru.

Za potoczkiem ostatni wjazd i piękna szutrowa trasa wprost do mety. Po dwóch godzinach osiemnastu minutach dojeżdżam do mety i mam za sobą pierwszy tegoroczny wyścig. Zwycięzca pokonał trasę w niecałą godzinę i piętnaście minut, syn w dwie godziny i dziewięć minut, a ostatni zawodnik w cztery godziny i trzydzieści pięć minut. Dwudziestu trzech zawodników nie dojeżdża do mety.

Dla każdego zwycięstwo i porażka jest zupełnie czymś innym. Dla mnie było to kolejne zwycięstwo.

czwartek, 23 lipca 2020

Rozkosz


Myśli podsuwają coraz to nowe obrazy, a ja nie umiem się przed nimi bronić. Są udręką atakującą zmysły i uniemożliwiają odpłynięcie w ramiona Morfeusza. Staję z nimi twarzą w twarz, a one igrają ze mną. Chciałbym o nich zapomnieć, zamknąć oczy i dotknąć nicości. One jednak nieustannie bombardują jaźń, zmuszając do aktywności. Falują i wciąż dręczą umęczone ciało. 

Czy jestem im wrogiem?

Bezpardonowo depczą upragniony spokój i zmuszają do działania.  Staram się wyswobodzić z ich mocy, a one wciąż napierają. Dręczą, podrzucają obrazy i obiecują, podsuwając coraz to ciekawsze możliwości. 

Czy jest coś w stanie oderwać mnie od przyśpieszającego zniewolenia?


Zatrzymuję się na chwilę i biorę głęboki wdech. Powietrze przesycone delikatnym, słodkim zapachem, obiecuje nieco więcej niż przyjemność. Zmysły budzą drzemiące pragnienia i popychają w kierunku dalszych działań. Nagle zza chmur wypływa księżyc, rozrywając mrok. Różowa poświata rozświetla pokój i zaprasza do niezapomnianych chwil.

Słodki zapach obejmuje zmysły i przywołuje ukrytego demona. Szczęście jest na wyciągnięcie ręki, należy jedynie sięgnąć po nie. Prezentuje się wspaniale, kusząc i uwodząc zmysły. Wystarczy podejść i ją rozebrać, by chwilę później poczuć rozkosz rozpływającą się po ciele. Jej słodki zapach nęci i przywołuje wspomnienia, osłabiając wolę. 

Wiem, że jest blisko, czuję jej obecność, a przyrzeczenie słodyczy nieustanne pobudza do działania. Wciąż myślę o czekającej rozkoszy, a gęsia skórka pokrywa ciało. Niewielki podmuch wiatru wprawia firankę w ruch, a ja widzę taniec delikatnej przeźroczystej tkaniny. Drżę z pożądania nie mogąc się doczekać nieuniknionego. Silna wola w panice umyka przed przyrzeczeniem szczęścia. Atmosfera w pokoju zmienia się, a na ciele pojawiają się pierwsze krople potu. 

Chciałbym zatrzymać nieuniknione, tylko czy wystarczy mi sił?

Głosy w głowie każą przestać myśleć i zaufać instynktowi, który od milionów lat kieruje życiem zwierząt. Ale ja nie jestem zwierzęciem! Buntuję się, licząc na resztki wciąż drzemiącego we mnie człowieczeństwa. Tylko czym jestem jak nie zwierzęciem? Rozkosz jest na wyciągnięcie ręki, zachęca i kusi niczym wąż z Raju. Podszeptuje, by złamać przyrzeczenie i delektować się teraźniejszością, porzucając niepewną przyszłość.

Obietnica wyciąga ku mnie ręce, a ja jak lunatyk podejmuję grę. Bezwiednie robię pierwszy krok w kierunku pewnej rozkoszy. Wyobrażam sobie słodycz, obejmującą ciało i nie mogę powstrzymać zwierzęcej natury. Jestem coraz bliżej czekającej pokusy, która wciąż jest w tym samym miejscu. Ale czy mogło być inaczej? Bezwiednie krążę wokół niej, z lubością wdychając jej słodki, zniewalający zapach. 

Jestem tak blisko, że mogę jej dotknąć. Powstrzymuję się jednak, gdyż tylko to może mnie przed nią ochronić. Jeszcze walczę z rosnącym pożądaniem. Może jestem silniejszy, niż początkowo myślałem? 

Wdycham jej zapach zafascynowany jego naturalnością i topnieję niczym lód wrzucony do wrzątku. 

Przed oczyma pojawia się obietnica raju i już nie panuję nad sobą. Nieuchronne następuje. Delikatnie ją dotykam, głaszczę opuszkami palców i nie mogę przestać. Ona zaś milczy, nie ułatwiając zadania. Delikatna, wilgotna skóra nie powstrzyma mojej zwierzęcej natury. Dotyk nie jest już tak delikatny. Staję się natarczywy, aż w końcu nie mogę się powstrzymać i wbijam w nią paznokcie. Jej milczenie onieśmiela i po raz ostatni podejmuję nierówną walkę.
Chcę się wycofać, zostawić ją i wrócić dopiero wczesnym rankiem. Podświadomie wiem, że nie jest to wykonalne, ale nadzieja umiera ostatnia. Odsuwam się, a ona nieustannie kusi, roztaczając wokół siebie słodki aromat. 

Usta stają się suche i w akcie desperacji oblizuję je, mając nadzieją na powstrzymanie pragnienia. Jest jednak inaczej, ruch języka tylko uświadamia, oczekującą przyjemność. Pragnę i wiem, że nie wygram z żądzą. Zapomniałem już, że dawno wybiła północ, ale nie obchodzi mnie to! Nie ma to już żadnego znaczenia. Liczę się tylko ja i ona. Ponownie podchodzę do stolika, na którym się znajduje i bez zbędnych słów rozbieram ją. Słodycz wybucha ze zdwojoną siłą, aromat staje się jeszcze intensywniejszy i zniewala uśpioną duszę. Drżę z pożądania i zniecierpliwiony wbijam palec wskazujący w jej dziurkę. Jestem tak blisko pełnej rozkoszy.

A przyrzeczenie? Nie jest nic warte?

W tej chwili nie! Ba nie w głowie mi przyziemne myśli. Kusiciel zaprowadził mnie do stolika, gdzie była ona, a ja mu się poddałem.

W końcu rozrywam ją całą i biorę do ust pierwszy kawałek mandarynki. Obietnica rozkoszy spełnia się, a w ustach czuję słodki smak nadający życiu odrobinę magii. Biorę drugi, który jest równie słodki i odpływam w niebyt. Chciałbym, by chwila trwała wiecznie.

Kolejny kęs utrwala poczucie rozkoszy i otwiera duszę na słodkie doznania. 

Chwilo, trwaj wiecznie!

Niestety wszystko, co dobre się kończy. Zostałem już tylko sam na sam ze skórką po mandarynce, która już nie ma nic do zaoferowania. 

Postanowienie, by po godzinie dwudziestej nic nie jeść, kolejny już raz nie zostało przeze mnie dotrzymane.