czwartek, 11 czerwca 2020

Mroczne szczęście


Chłód i wilgoć wyrywają z niebytu. 


– Spałem? –Szukam odpowiedzi w mroku myśli. 


Z trudem otwieram oczy i widzę olbrzymi księżyc oraz gwiaździste niebo wyłaniające się zza konarów drzew.


– Gdzie jestem? – W głowie pojawia się niepokojąca idea. 


– To znowu się dzieje! 


Natarczywość myśli nie ustępuje, a w ustach czuję smak krwi i – co gorsza – lubię ją. 


– Co jest u diabła? 


Myśli docierają do świadomości i okazują próżnię ostatnich godzin. A wcześniej? Spotkałem się z najśliczniejszą blond dziewczyną, jaką kiedykolwiek znałem. Marta pracowała w naszej firmie i wydawała się niedostępna. Taką przynajmniej przybierała pozę. Do mnie miała wyraźnie inne nastawienie, niemal zachęcała do pierwszego kroku, oczekując na piękną, niekończącą się miłosną przygodę. Zaproszenie na wieczornego drinka, przyjęła z delikatnym uśmiechem na twarzy, skrywającym wewnętrzną radość. Tak, to jeszcze pamiętam. Słodycz perfum, delikatność jej dotyku, szczery i radosny uśmiech oraz wielkie brązowe oczy. 


– Przerażone oczy? 


Odrzucam niepokojącą myśl i brnę w mgłę wspomnień. Byliśmy w barze i piliśmy alkohol. Tak, delektowaliśmy się cierpkim, pobudzającym zmysły winem podanym w szerokich kieliszkach, których brzegi przyozdobiono niebieskim cukrem. 


– Wiesz, że zawsze mi się podobałeś?


W głowie kołacze mi wypowiedziane przez nią zdanie, będące pierwszym krokiem do cielesnego spotkania. Wciąż czuję słodki zapach perfum i przypomina mi się pocałunek i smak jej pełnych ust. Brnę we wspomnienia i  staram się uchwycić napływające do świadomości pojedyncze obrazy. 


– Nago w lesie? 


Uświadomienie sobie absurdu sytuacji wywołuje dreszcz niepokoju. Czy to jest tylko niepokój? Podrywam się na nogi i rozglądam wokół. Wszędzie drzewa i ciemność, a raczej mroczna poświata, okrywająca najbliższą okolicę. Dziesiątki niewielkich zadrapań przypominają o wczorajszej walce, a złudne szczęście umyka, stopniowo podmieniona przez niepokojące wspomnienia.


– Szukaj.


Szept w głowie wskazuje dalszą drogę. Myśli blokują wcześniejsze wspomnienia, a szum drzew i poświata księżyca zachęcają do spaceru. 


– Do spaceru!? Co ja tu robię?


Wypowiedziane na głos obawy ani o włos nie zbliżają do odpowiedzi. Wciąż czuję słodki aromat perfum zmieszany z innym zapachem. Z krwią? Myśli podsuwają coraz mroczniejsze obrazy, a ja czuję rosnące podniecenie.


– Ona tam jest. 


Czuję to i idę w kierunku słodyczy. Nozdrza wskazują drogę, a ja tylko zastanawiam się skąd u diabła mam tak wyczulony węch. Czuję żywicę drzew, wilgoć mchu i słodkie perfumy zmieszane z krwią. Niemal wpadam w ekstazę, a mrok otoczenia udziela się mojemu wnętrzu.


Natrafiam na rozdartą koszulkę. Podnoszę ją i wciągam ten wspaniały słodki zapach ciała, krwi i przerażenia. Tropię mordercę, którym jestem. Mgła rozstępuje się, ukazując moje prawdziwe, krwawe oblicze.


– Jeszcze, jeszcze!


Wrzeszczę i wypełniam ciszę przeraźliwym krzykiem, do którego wkrótce dołącza pohukiwanie sowy. Odwieczny przyjaciel zła czuwa nad właściwą ścieżką. Przyśpieszam kroku, na ciele pojawia się gęsia skórka, a ja docieram do spowitej mgłą, mrocznej świadomości. Idę dalej przypominając sobie taksówkę i śmiałe gesty na tylnym siedzeniu. Jak bardzo jej pragnąłem, a ona ulegała dotykowi, szeptom. Żar jej ciała zaburzał świadomość i oddzielał od racjonalności. Przyrzeczenie niemożliwej miłości, ponownie wywołuje niekończącą się wściekłość

 Przyśpieszyłem kroku i w końcu dotarłem do leżącej nagiej dziewczyny. Irracjonalnie zwolniłem kroku i niczym drapieżnik bezszelestnie podszedłem do niej. Chwilę później klęczałem nad dziewczyną i zacząłem ją delikatnie dotykać. 


Czyżbym wyczuwał życie w tym porzuconym ciele? Nachylam się nad jej ustami i odskoczyłem zaskoczony. To nie ona! To nie jest moja Marta, a kolejny substytut nadający blasku moim cieniom. Opanowałem emocje i ponownie się nachylam. Wyczułem płytki nierówny oddech i niemal zamarłem. 


Ona żyła, a już wkrótce mrok miał ustąpić niewinnemu słońcu. Delektowałem się jej  słodkim zapachem, odgarnąłem długie włosy i wbiłem się w jej szyję. Słodycz krwi ponownie tego wieczoru wypełniła spragnione ciało, dodając sił i blasku mrocznej świadomości. Myśli i wspomnienia wracały na swoje miejsca, ukazując stracone wspomnienia.


Pocałunek na pożegnanie i odprowadzenie Marty do domu, było zbyt dużym wyrzeczeniem dla wolnej woli. Świadomość bombardowana przyrzeczeniem seksu i krwi pchała do działania. Ekscytacja i pożądanie były zbyt silne, kolejny raz łamiąc moralne opory. 


Moralność, dawno zapomniane słowo wypłynęło i równie szybko zniknęło w gąszczu mrocznych uczuć. Pojawiła się ona, samotnie biegnąca w kierunku zachodzącego słońca. Wyglądała jak święta objęta czerwoną poświatą życiodajnej gwiazdy. I ten zapach, łudząco podobny do aromatu perfum Marty. Zapraszający gest rodzącego się mroku był niczym zaproszenie do nocnej uczty.  


Była niezwykle silna i broniła się nadzwyczaj zajadle. Stąd te szczypiące odrapania na ciele. Nie dała jednak rady, a jej świeża krew był niczym alkohol. Uderzyła do głowy i zabrała mnie w świat zapomnienia. Teraz gdy upajałem się ostatnimi kroplami życiodajnego płynu, w pełni doceniłem ofiarę. Ona nie była substytutem Marty, ona była taka jak ona. 


Odrzuciłem puste ciało i myślami podążam w kierunku Marty. Znowu ją zobaczę, spotkam się i będę marzył o jej niewinnym ciele. Będziemy rozmawiać o nierealnej miłości, planach na przyszłość i domku nad jeziorem. A po spotkaniu umówię się z inną, by zaspokoić pragnienie wieczności. 


Kopiąc dół, wciąż marzyłem o Marcie i niekończących się polowaniach, doprowadzających mnie do ostatecznej ekstazy. Ukochana odda mi krew, będąc czymś więcej niż honorowym dawcą. To będzie dzień zapłaty i utraconej miłości. Czas, na który jeszcze przyjdzie mi długo czekać i do którego niejeden raz wrócę, tak jak było to z kruchą i eteryczną Moniką.


Pusta dusza musiała otrzymać najwyższą możliwą ofiarę – krew zakochanej kobiety.

czwartek, 30 kwietnia 2020

Spotkania z wampirami


Uwielbiam wampiry. To nieoczekiwane odkrycie zmieniło monotonię mojego życia. Do pewnych rzeczy należy się przekonać i w końcu to zrobiłem. Krwiopijcy nie są może tak słodcy jak małpki, niewątpliwie mają jednak w sobie gorzką nutę nadającą im aurę niezwykłości. Ich tryb życia tylko w minimalnym stopniu upodabnia je do nachalnych, brzęczących nad uchem komarów. W przeciwieństwie do widliszków nie jest ich zbyt wiele na świecie, jednak jak takiego wampira namierzysz, to nie może być pomyłki. W świetle dnia ich nie znajdziesz, dlatego też zimą częściej się je spotyka. To pieprzone słońce tak ich odstrasza. Unikają także luster, by nie zostać rozpoznanym. Pozorne tajemnice. A wampirzyce to chyba jedyne kobiety, które godzinami nie przeglądają się w lustrze.

I po diabła te wszystkie wysiłki, jak ja wampiry wyczuwam zupełnie naturalnie. Nie będę ukrywał, iż mam do nich podejście i łatwo przełamuję lody. Standardowe spotkanie przebiega mniej więcej tak.

Heloo, czy nie widziałem cię czasem w filmach z początku dwudziestego wieku?! – krzyczę wniebogłosy, zwracając uwagę wszystkich wokół.

To była ich olbrzymia słabość. W początkach kina, tego niemego, szturmem chcieli zwojować świat filmów. Pchali się jak pchły na brudnego psiaka, nie zwracając uwagi na przyszłe niebezpieczeństwa z tym związane. Właściwie wszystkie wampiry to aktorzy na emeryturze. Oni zaś spanikowani odpowiadają.

– Nie siejmy plotek, nie siejmy. Kto sieje, ten zbiera. Żniwo zbiera.

Wgapiają się we mnie tymi przenikliwymi oczętami, mając nadzieję na rozpracowanie moich myśli. Świdrują gałami i uśmiechają się chytrze. Takie z nich bezduszne i niezniszczalne świry. Do czasu. Udaję, że mnie rozpracował taki dziwoląg, siadam przy jego stoliku i zagajam.

– Też chcę być jednym z was. Jesteście zajebiści – cichutko mówię, udając entuzjazm.

A ten patrzy się na mnie i ślini się na krew. Pięć litrów świeżutkiej krwi czekającej na specjalną okazję. Tak właśnie myślą, a ja mimo wszystko udaję zainteresowanie propozycją zwiększenia liczby ich populacji. Tak tylko udaje, gdyż w rzeczywistości wykonuje w swoim móżdżku psychopatyczne kalkulacje i nie ma zlituj się. Nie ma miejsca na nowe wampiry, bo po co komu konkurencja. Żyją w oligopolu, a tak naprawdę każdy z nich marzy o monopolu, no może duopolu. W dwójkę raźniej, można by rzec. Podejmują rozpoczętą przeze mnie gierkę i także szepczą.

– Choć do mnie, to szerzej omówimy temat.


Obojętnie czy wampir, czy wampirzyca mówią dokładnie to samo. Proste i nieskuteczne sztuczki. Czasem zastanawiam się, czy świadomość nieśmiertelności zryła im tak łby, czy też nas śmiertelników zwyczajnie lekceważą. Zachowują się jak sekciarze, czy też bankowcy. Rozmowa zawsze ta sama. Gdybym zasnął i obudził się, to słysząc odpowiedź takiego delikwenta, wiedziałbym, które z kolei zadałem pytanie i co powiedział wcześniej. Też mi przyjemność żyć nieśmiertelnie, chłepcząc ludzką krew. Psycholi wśród rodzaju ludzkiego jest wielu, ale ci przebijają wszystko. Ogólnie lubią szept, więc ponownie szeptem odzywam się do tego czegoś.

– Wolę do siebie, mam bliżej.

I śmieję się szeptem i on też się szeptem śmieje. Trzęsiemy się ze śmiechu, równocześnie szepcząc.

– He, he, he.

Cichutko rechoczemy niczym dwie idealnie dopasowane połówki jabłka. W końcu wampir nie chcąc tracić czasu, wychodzi z propozycją.

– Możemy do ciebie. Byle szybko, bo czasu nie mam za wiele.

Tak właśnie gadają. Czasu nie mają, żyjąc całe wieki! Aktorstwa w kinie niemym się nie nauczyli. Logiki w tym brak, co nie przeszkadza mi w dalszym ciągu odgrywać swoją rolę. Chociaż przyznam obiektywnie, że raz czy dwa przy takiej odpowiedzi parsknąłem śmiechem i było po sprawie. Krwiopijca wycofywał się, kluczył i w końcu umykał, niczym kanarek w porę zauważywszy polującego kota. Możliwe, że odgrywam rolę z początków kina i ich to rajcuje. Swego czasu intensywnie szukałem scenariuszy z dawnych filmów, ale za cholerę takiego dialogu nie znalazłem. Cichutko mówię więc do niego.

– Idziemy.

Prawie że wybiegamy z baru i podążamy do wynajętej przeze mnie klitki. Patrząc z ukosa na wampira, widzę, jak rosną jego kły, a on szczerzy się szczęśliwy, że spotkał kolejnego naiwniaka. Już czuje, jak wbija się w moją szyję, jak pije świeżutką krew. Przedwczesna ekstaza, że tak powiem. Takich powinni aresztować, ale każda nawet udana próba schwytania wampira, nigdy nie kończy się sprawą sądową. Nastaje ranek, a delikwent spala się. Bez rozgłosu, bez mediów. Nie ma odważnego, który nagłośniłby sprawę. A powstrzymuje ich obawa przed zszarganiem opinii. Wzięcie łapówki, zdrada małżeńska, kłamstwo, hejtowanie to norma społeczna, powszechnie akceptowana, jeżeli jesteśmy z plemienia wspierającego. Opowiadanie o wampirach to prosta droga do wstydliwej szufladki – wariat. Nie znajdziemy obrońcy i pogrążymy się w oczach społeczeństwa. 

Znajdując się przed drzwiami pokoju, udaję, że wyciągam klucze, a on straciwszy wszelaką czujność, czeka obrócony twarzą do drzwi. To jest właśnie ten moment! Zza pazuchy wyciągam kołek osikowy i ze wszystkich sił zadaję cios w tył pleców. Na tyle umiejętnie, by przebił serce. Wampir syczy i pada, ja natomiast z entuzjazmem otwieram drzwi i wciągam delikwenta do środka.

Czasami taki po zadanym ciosie wije się i spala, a mi zostaje jedynie kupka popiołu. Większość z nich szczęśliwie pozostaje cała. A później tak jak już wcześniej wspomniałem, zajadam się ich mięsem, które ma słodko gorzki smak. Uwielbiam te samotne uczty.

poniedziałek, 6 kwietnia 2020

Niepamięć


–Pamiętasz?

– Ja?

Pamiętam i wciąż trudno umknąć natrętnym myślom. Smutek zasłania jasność widzenia, a niebieskie oczy wgryzają się w świadomość.

– Kim jesteś? – pytam i głowa uskakuje w dół. Patrzę na biało niebieskie paski piżamy i walczę o myśli, słowa, ukryte za mgłą.

– Tato, to ja Kasia – zbolały i płaczliwy głos dochodzi do głowy.

Próbuję niezdarnie podnieść głowę, odchylając ją nieco w lewą stronę. Widzę buty. Buty? Ponownie to samo. Słowo samoistnie wypłynęło i utraciło znaczenie. 

– Buty! – krzyczę. A może wyszedł jedynie bełkot? – Buty. – Tym razem ledwo słyszalne słowo, wypłynęło bezwiednie i zatopiło się w głowie. 

Buty, buty. Chwytałem się tej myśli z obawy, że i ona odpłynie. Chciałem tyle przekazać, tyle powiedzieć. To było wczoraj. Myślałem jaśniej i czekałem na nią. Na kogo? Oczy zamykały się, a ja kołysałem się na wózku. Jak bardzo byłem zmęczony. 

– Tato, popatrz! – poczułem szarpnięcie. – Na tym zdjęciu jestem ja, mama i ty. Zobacz, jacy jesteśmy szczęśliwi. 

Podsuwa pod oczy kartkę z rozmytą plamą. Zbyt blisko, by coś zobaczyć. "Mama?" Znam to słowo! 

– Mama, mama, mama! – krzyczę i szczęśliwy zarzucam głową. Widzę przed sobą obcą osobę. – Odejdź – mamroczę wystraszony, patrząc na nieznajomą. – Jesteś obca – wypływają nieznane mi słowa i popadam w odrętwienie. 

– Boże, tato nie rób mi tego. – Kasia chwyta ojca za ręce i płacze. – Dlaczego ty? – łka i tuli głowę do jego nóg. 

Próbuje odgiąć jego zdrętwiałe ręce, by je pomasować, aby dać odrobinę ulgi i wyczuwa kartkę. Wyciąga ją i czyta koślawe słowa. "Kocham cię, wybacz"

Patrzy na kartkę i czyta w kółko te trzy słowa. Słowa, które utknęły w głowie ojca i nigdy już nie miały się obudzić. Słowa w ostatnim przebłysku świadomości wyrzucone przez skurczonego, starszego mężczyznę, pozbawionego nawet własnych myśli. 

– Ja też cię kocham. 

Całuje go w czoło i wychodzi do "normalnego" świata. Tylko maska pozwoli na trwanie w pogoni za niczym, tak jak to robią miliardy ludzi na świecie.

Opowiadania - Księgarnia



Opowiadania - wydanie papierowe
Opowiadania - wydanie w formie ebook'a

Ściśle Tajne - Księgarnia


Tak jak pierwsza płyta zespołu Nirvana pod nazwą "Bleach", tak i moja pierwsza książka jest nieco surowa, nie w pełni dopracowana, ale na swój sposób wyjątkowa. Czuć w niej powiew świeżości, którego czasami brakuje w produktach w stu procentach wykończonych. Dlatego też zapraszam do jej przeczytania.

Księgarnia - wydanie papierowe
Księgarnia - wydanie w formie ebook

niedziela, 5 kwietnia 2020

Bdziągwa, Prucha i Karolka



– Możesz odłożyć tę gazetę i opowiedzieć bajkę Karolce? 

Zimny głos małżonki wyrwał mnie ze świata gazet. Spojrzałem na wykrzywione w podkówkę usta i nie miałem wątpliwości, że dyskusja jest złym rozwiązaniem. To nie było pytanie, a niecierpiące zwłoki zadanie do wykonania. Odłożyłem gazetę i poszedłem do córki.

– Cześć kwiatuszku, opowiem ci bajkę na dobranoc – powiedziałem i uśmiechnąłem się. Wyglądała jak aniołek, pod kołderką ozdobioną niebieskimi hipopotamami.

–Dobrze tatusiu. – Karolka przytuliła się do swojego misia i przymknęła oczka.

– Dawno, dawno temu, za górami za lasami mieszkała sobie …

– … hołota brudnych karłów.

Zza okna dobiegł niski głos Bździągwy.

 – Tato, co to jest, tam na oknie? – Przerażona Karolka, aż podskoczyła na łóżku.

– To Dziabąk, nie wiem, skąd się wziął. Co ty tu robisz? – zwróciłem się do kosmatego stworzonka.
Bdziągwa zeskoczył z parapetu i bezczelnie wszedł na łóżko dziewczynki.

– A przyszedłem sobie. Wczoraj byłem za waszym oknem i jak słyszałem te twoje pożal się boże bajki, to mi się zrobiło żal twojej córeczki. Ta bajka była tak nudna, iż mało co nie zasnąłem za tym oknem. Prawie bym zginął przez ciebie. – Stwór spojrzał na mnie oskarżycielsko.

Już chciałem odparować i zmieszać z błotem stworka, już otwierałem usta, by zbluzgać potwora, gdy zupełnie niespodziewanie z odsieczą przyszła Karolka.

– Tata ładne bajki opowiada – powiedziała i przestraszona schowała głowę pod poduszkę.

Kosmaty stwór przybliżył się do dziewczynki i próbował się do niej przytulić.

– Tato, on strasznie drapie, weź go stąd – płaczliwie krzyknęło moje dzieciątko.

Obserwowałem to wszystko i normalnie krew się we mnie gotowała. Ten bezczelny stwór wchodzi do łóżka córki i jeszcze się wymądrza. Podkopuje mój autorytet, bezczelny włochaty dziwak.

– Zejdź Dziabąk z łóżka i spadaj. Nie mam czasu na przepychanki. Prosił cię ktoś o radę? – ryknąłem na nieproszonego gościa.

– Jestem Bdziągwa, a nie Dziabąk – mówiąc to, nieznacznie odsunął się od dziewczynki, nie schodząc jednak z łóżka. – Teraz jej nie kłuję, to powinno być spoko, co nie?

Popatrzyłem na niego i ręce mi opadły. Nieraz słyszałem opowieści o tych bezczelnych stworkach i zawsze w nich powtarzano, iż trzeba się z nimi obchodzić zdecydowanie, ale i ostrożnie. Jako iż nie przeszkadzał Karoli, pozwoliłem mu siedzieć na łóżku i kontynuowałem opowieść.

– Karły mieszkały sobie spokojnie w domku nad rzeką, łowiły ryby, uprawiały ogródek …

– … a w sobotę wieczór spotykały się ze złą czarownicą Lucyllą i napadały na pobliskie wioski – w swoim stylu dokończył Bdziągwal.

Już miałem zaprotestować, gdy na parapecie pojawił się kolejny stwór. Srebrno zielone futerko śmiesznie sterczało na jego okrągłym ciele. Niestety była to jedyna śmieszna część. Wielkie wystające z buzi kły budziły strach, a czerwone oczy wzmacniały efekt. Szczęście w nieszczęściu było takie, iż nie był on zbyt groźny. Niestety był okropnie namolny i nie do usunięcia.

– Tato, ja się boję. Wygoń go! – Karolka krzyczała, wskazując na Pruchę.

– Nie bój się kotku, on ma tylko taki niezbyt ciekawy wygląd. Tak naprawdę to bardzo spokojne stworzonko.

Tymczasem Prucha zeskoczyła z parapetu, wskoczyła na łóżko i przytuliła się do córki. Tym razem Karolka nie protestowała, gdyż futro stworka było miłe w dotyku, a jego ciałko przyjemnie ją ogrzewało. Postanowiłem nie przejmować się gośćmi i kontynuować opowieść.

– Tak naprawdę Lucylla była czarownicą, ale zupełnie niegroźną i nie napadała na wioski, tylko w ciemności bawiła się wraz z karłami w podchody. Pewnej ciemnej sobotniej nocy …

– … pojawił się zły czerwony smok i postanowił zjeść wszystkie karły – kontynuował Bdziągwa, śmiejąc się ze swojej wersji bajki.

– … ale pojawił się bardzo prawy i odważny karzeł Zenek, który wyzwał smoka na pojedynek – dokończyła Prucha, krzyżując plany Bdziągwie.

Karolka ponownie zamknęła oczy i z coraz bardziej śpiąca słuchała opowieści.

– Zenek ubrał piękną lśniącą zbroję, wziął do ręki ostry jak brzytwa miecz i ruszył w poszukiwaniu smoka – kontynuowałem opowieść.

– Niestety nie uszedł zbyt daleko, gdyż nie wiadomo skąd, na dotąd bezchmurnym niebie pojawiły się wielkie czarne chmury, z których lunął rzęsisty deszcz. Momentalnie piękna zbroja Zenka zardzewiała, a on sam nie mógł się dalej ruszyć – dopowiedział Bdziągwal i łypnął złowrogo na mnie i na Pruchę.

– Bezradny po raz ostatni podniósł uzbrojoną nogę i tak zastygł. Gdyby nie podmuch wiatru, który go przewrócił, odważny Zenek do dziś stałby w środku lasu w zardzewiałej zbroi – kontynuowała Prucha, dostosowując opowieść do koncepcji Bdziągwy.

– Bolesny upadek Zenka, oprócz negatywnych skutków w postaci siniaków i zadrapań, miał też jeden pozytywny, jego zbroja rozpadła się na tysiące części a on był wolny – opowiadałem dalej tą coraz to dziwniejszą bajkę.

– Pech chciał, iż Zenek miał ubrane jedynie majtki, tym samym, po rozbiciu zbroi, strój Zenka był mocno niekompletny, a on sam przemoczony i zmarznięty nie miał ochoty na walkę z potworem. – Zadowolony Bdziągwa dopowiedział swoje.

– Na szczęście, zanim ruszał walczyć ze smokiem, jedna z najpiękniejszych karlic, podarowała mu tobołek z kompletnym ubraniem. Zenek wygrzebał spod zardzewiałej zbroi tobołek, wyciągnął ubrania i się ubrał. – Dokończyłem.

– Niespodziewanie, przed Zenkiem pojawił się czerwony smok, który otworzył wielką paszczę i do jego nosa doszedł obrzydliwy smród. – Bdziągwa ponownie postanowił zepsuć bajkę.

– Zenek znany ze swojego dobrego wzroku, zauważył iż jeden z zębów smoka jest w opłakanym stanie i postanowił mu pomóc. Na migi wytłumaczył mu, co sądzi o jego uzębieniu i przekonał go do usunięcia chorego zęba. – Bardzo przytomnie Prucha kontynuowała bajkę, a ja odetchnąłem, gdyż tym razem jej część była do przyjęcia.

Widząc, iż oddech Karolki stał się miarowy, a ona sama zapada w sen, postanowiłem zakończyć bajkę.

– Ponownie pogrzebał w zardzewiałej zbroi i znalazł miecz, który jak się okazało, był w całkiem dobrym stanie. Podszedł do smoka i za pomocą miecza, stosując zasadę dźwigni, wyrwał bolący problem. Smok po chwilowym ostrym ataku bólu poczuł wielką ulgę. Podziękował Zenkowi za pomoc i obiecał, iż nigdy nie skrzywdzi żadnego karła.

Karolina już spała, co nie przeszkodziło Bdziągwie dokończyć po swojemu.
– Odlatujący smok śmiał się z naiwności Zenka. Wiadomo przecież, iż nie dotrzyma słowa.

– Potwory, Karolka już zasnęła, czy możecie sobie pójść?

Zarówno Bdziągwa, jak i Prucha grzecznie zeskoczyli z łóżka, wskoczyli na parapet i krzyknęli na pożegnanie.

– Do zobaczenia jutro.

Ich słowa zabrzmiały złowieszczo i już czułem niepokój przed jutrzejszym wieczorem.